środa, 7 października 2015

Rozdział 74 "Zostałaś mi tylko ty, Katniss"

Zapraszam do obserwowania bloga. Rozdział w piątek.
*Oczami Katniss*
Peeta patrzy na mnie przez ułamek sekundy po czym zaczyna biec. Biegnie w stronę bramy od Wioski Zwycięzców. Johanna wstaje z ziemi, otrzepuje się i ciągnie mnie w stronę gdzie dym jest bardzo intensywny. Przez myśl przechodzi mi tysiąc czarnych scenariuszy. Katniss, ogarnij się! Nikt nie zginął! - Karcę się w myślach. Im bliżej piekarni - tym dym jest intensywniejszy. 
Gdy dobiegamy do celu, widzę Peete. Klęczy na ziemi z twarzą schowaną w dłoniach. Podbiegam do niego i kładę mu dłoń na ramieniu. 
- Oni nie żyją, Katniss... nie żyją. - Chłopak wstaje, mocno mnie przytula i wybucha płaczem. Kątem oka zerkam na Johannę. Dziewczyna wydaje z siebie głośny krzyk po czym wpada w szał. Kopie w wszystko co stanie jej na drodze. Gdy już się trochę uspokoi, upada na ziemię i zaczyna głośno płakać. 
Zerkam przez ramię ukochanego. Widzę piekarnie... w płomieniach. Łzy napływają mi do oczu, nie pozwalam im płynąć. Muszę teraz wspierać Peete i Johannę. Delikatnie głaszczę blondyna po głowię. 
Słyszę za sobą głośny wrzask. Spoglądam za siebie i widzę Delly. Ciężarna siada na ziemi i zalewa się łzami. Johanna podchodzi do niej i teraz obie płaczą wtulone w siebie. 
- Co tu do cholery się sta... - Głos Haymitcha przepełniony jest strachem. - O kur**. - Mężczyzna łapie się za głowę i pomaga dziewczynom wstać. 
- Haymitch... zrób coś. - Mój ukochany błagalnie patrzy na mentora. - Do cholery, zrób coś! - Wydziera się. Po jego policzkach spływają słone łzy. 
- Peter on... był w piekarni... prawda? - Duka Johanna przez płacz. 
- Mówił ,że tam idzie, poszedł Cię szukać. - Mówię cicho. 
- Coś się stało ,że ryczycie? - To niemożliwe... Peter żyje. - Nie... nie nie nie nie. - Chłopak spogląda na piekarnię. Mason z całej siły go przytula. Abernathy gdzieś dzwoni i już po chwili zjawiają się mężczyźni którzy ugaszają pożar. Gdy płomienie są ugaszone, wchodzą do budynku i go przeszukują. 
- Może... ich... tam nie było. - Duka Peeta. 
- Miejmy taką nadzieję. - Mocniej go przytulam. Chłopak ponownie zaczyna płakać. - Kochanie, jestem przy tobie. - Szepczę do jego ucha.
- Trzy trupy, przykro nam, nikt nie ocalał. - Mężczyźni wychodzą z trzema czarnymi workami. Peeta i Peter wybuchają wielkim, głośnym płaczem.
- Za dwanaście godzin, rodzina zmarłych ma się stawić na sekcji zwłok w szpitalu. - Odzywa się mężczyzna w czerwonym uniformie.
- Do-dobrze, Katniss możemy już iść? - Pyta Peeta łamiącym głosem.
- Tak. - Szepczę. W ciszy wracamy do domu.
Siedzę z Peetą na kanapie w salonie. Raz po raz po jego policzkach spływają łzy. Cały czas go przytulam przez co mam mokre ramie. Głaszczę go delikatnie po głowie i karku. Tak bardzo mi go szkoda, drugi raz musi przeżywać śmierć swoich bliskich. Nikomu, nawet najgorszemu wrogowi tego nie życzę. Najgorsze w tym jest to ,że nie mam jak mu pomóc. Nie mogę zabrać od niego wszystkich smutków. Jedyne co mogę robić to być teraz przy nim.
- Katniss, zostałaś mi tylko ty. - Mówi cicho, mimo to słyszę ,że jego głos się łamie.
- Masz jeszcze Petera. - Szepczę.
- Nie mam, gdyby nie on... oni by żyli. Katniss... mam prośbę. - Ostatnie zdanie wyszeptuje.
- Tak, kochanie? - Mocniej go przytulam.
- Nie zostawiaj mnie. Przynajmniej nie teraz. - Łzy napływają do moich oczu. Wyobrażam sobie co on teraz czuje - bezsilność, samotność. Czułam się dokładnie tak samo gdy Prim... umarła. Z tą małą różnicą ,że ja nie miałam nikogo kto by mnie przytulił i powiedział ,że mnie kocha.
- Nigdy Cię nie zostawię. - Całuję go w czubek głowy. Chłopak mocno się we mnie wtula. Delikatnie się od niego odsuwam. Patrzy na mnie smutnym wzrokiem.
- Zaraz przyjdę, idę zrobić herbatę. - Całuję go w policzek i idę do kuchni. Wstawiam wodę na herbatę i czekam.
Skoro Peeta tak się załamał to wolę się nie zastanawiać co czuje teraz Peter. Stracił dziś rodziców i brata oraz jego drugi brat nie chce go znać. Krótko mówiąc stracił dziś całą swoją rodzinę. Szczerze mówiąc to została mu tylko Johanna z wybuchowym charakterem oraz paru przyjaciół. Najchętniej zrobiłabym coś ,żeby pogodzić braci Mellark. Jednocześnie rozumiem też Peete, cały czas pomagał bratu po czym możliwe ,że przez Petera stracił prawie całą rodzinę. Coś tak czuję ,że ta noc nie będzie przyjemna dla naszej czwórki.
Z zamyśleń wyrywa mnie głośny gwizd czajnika. Zaparzam dwie herbaty i wracam do salonu.
Peeta śpi na kanapie. Wygląda tak bezbronnie i niewinnie. Stawiam kubki na stoliku i przykrywam ukochanego kocem. Rozsiadam się na fotelu na przeciwko kanapy i piję gorący napój. Dopada mnie zmęczenie więc odstawiam kubek, przykrywam się drugim kocem i staram się zasnąć.
Budzą mnie krzyki. Jak poparzona wstaję z fotela i podbiegam do rzucającego się i krzyczącego Peety. Chwytam go za nadgarstki i siadam na nim okrakiem.
- Peeta, to tylko zły sen, obudź się! - Niemalże krzyczę do jego ucha. Blondyn gwałtownie otwiera oczy po czym wybucha płaczem. Mocno go przytulam i całuję w skroń.
- Katniss... czemu życie jest takie niesprawiedliwe? Czy mu już nie za dużo cierpieliśmy? - Szlocha.
- Im dłużej się nad tym zastanawiam tym bardziej się przekonuje ,że życie jeszcze nie skończyło nas "torturować" - Odpowiadam cicho. - A teraz kochanie chodź do sypialni bo te fotele są bardzo nie wygodne. - Wystawiam rękę w jego kierunku. Chłopak bez wahania podaje mi swoją dłoń. Trzymając się za ręce, słuchając obelg Peety w kierunku życia dochodzimy do sypialni.
Kładę się na łóżku, chłopak zaraz po mnie. Mocno się we mnie wtula i zasypia. Ja w przeciwieństwie do niego nie mogę zasnąć. Leżę tak dobre dwie godziny aż w końcu udaje mi się zasnąć.
Ta noc nie należy do przespanych. Peeta budził się co godzinę z krzykiem a potem zalewał łzami. Obudził mnie tak trzy razy, potem doszłam do wniosku ,że bezsensu jest iść spać.  Teraz mocno tulę do siebie śpiącego blondyna. Pukanie do drzwi zmusza mnie do wstania. Powolnym krokiem schodzę na dół. Moim oczom ukazuje się mama i Lily.
- Witaj, Katniss. Przyszłyśmy sprawdzić jak się Peeta czuje... cały dystrykt mówi o tej tragedii. - Głos mamy jest cichy i smutny.
- Peeta czuje się okropnie, całą noc co tylko zasnął budził się z krzykiem. Wylał chyba tonę łez. - Mam ochotę wrócić do Peety i odgonić od niego wszystkie zmartwienia. - Wejdziecie? - Proponuję. Robię dziewczynom miejsce a one wchodzą do środka.
- Kto przyszedł? - Pyta smutnym głosem mój ukochany schodzący po schodach.
- Mama i Lily. - Podchodzę do niego i mocno przytulam.
Wchodzimy do kuchni, tam gdzie poszły dziewczyny. Lily od razu zeskakuje z krzesła, podbiega do Peety i mocno się do niego przytula.
- Jak się czujesz? - Moja mama zwraca się do Peety.
- Okropnie, nie mam już nikogo poza Katniss. - Siada przy stole a wzrok wbija w ścianę na przeciwko jego.
- A Peter? Przecież podobno on żyje. - Mama uważnie przygląda się blondynowi.
- Żyje ale dla mnie umarł. - Warczy.
- Ale czemu... przecież macie tylko siebie. - Jest coraz bardziej zdziwiona.
- Ja mam tylko Katniss, mamo. - Jego głos się łamie. Podchodzę do niego od tyłu, kładę ręce na jego ramionach i całuję w tył głowy. Chłopak odchyla głowę do tyłu i opiera się o mój brzuch.
- Mamo, nie drąż już tego tematu. - Mówię cicho i odgarniam mu głosy z twarzy.
- Dobrze, przepraszam ,że go zaczęłam. - Mówi zawstydzona.
- Nic się nie stało. - Peeta stara się uśmiechnąć ale zamiast tego wychodzi grymas.
- To ja już pójdę. Lily zostajesz? - Mama patrzy pytająco na dziewczynkę. Lily patrzy na mnie błagającym wzrokiem.
- Jak chcesz to możesz zostać. - Ciepło się uśmiecham do dziewczynki.
- To ja zostaje. - Lily podbiega do mnie i mocno przytula. Mama lekko się uśmiecha i wychodzi.
- Zjesz coś? - Poprawiam jej kucyk. Dziewczynka kiwa głową.
Robię dużo kanapek. Są z serem, szynką, z ogórkami i pomidorami. Stawiam talerz na stół. Lily od razu zabiera się za jedzenie. Peeta bierze jedną i je ją dobre dwadzieścia minut.
- Jak zjemy musimy iść na sekcję zwłok. - Mówię cicho. Oczy blondyna zachodzą łzami. Dziewczynka podchodzi do niego i mocno przytula.
- Ja też nie mam rodziców, ale mogę się założyć ,że jak ładnie ciocie poprosisz to Ciebie też adoptuje. - Wiem ,że to miało być pocieszenie ale ja bym chyba wybuchnęła płaczem. Z jednej strony to słodkie ,że to mówi ale z drugiej cholernie przykre.
- Wiesz mała, ja już raczej za stary jestem by mnie adoptowano. - Chłopak stara się uśmiechnąć.
- Peeta ma tu taką opiekę ,że włos z głowy mu nie spadnie, a jak spadnie to przyklejać będę. - Podchodzę do Peety i Lily i mocno ich przytulam.
- Katniss, idziemy? - I znowu posmutniał.
- Tak, Lily teraz pójdziesz do Mii, dobrze? - Głaszczę ją po głowie. Dziewczynka kiwa głową. 

poniedziałek, 5 października 2015

Rozdział 73 "Groźba"

Dziesięć komentarzy - Rozdział w środę
*Oczami Peety*
Od tygodnia jesteśmy w dwunastce. Mój kochany brat nie zrobił niczego pod moją nieobecność. Przez niego przez kolejny tydzień musimy szlajać się po parkach i szukać tej kobiety. Minęło już grubo ponad cztery miesiące a ta akcja jeszcze się nie skończyła. Dzisiaj ponownie idziemy do parku, podobno to właśnie tam jest najczęściej.
Uszykowany czekam w siebie w domu na brata. Ten pajac spóźnia się już dwadzieścia minut a ja jak ten idiota siedzę w kuchni przed oknem. Zauważam Katniss która właśnie wychodzi z domu i idzie pod drzewo z orzechami. Zwinęła bluzkę na brzuchu i wkłada tam orzechy. Matko jaka ona jest piękna... i tak seksownie wygląda. Najchętniej wybiegłbym z domu, rzucił się na nią i zaczął rozbierać ale pewnie miałaby mnie za idiotę.
- Siema bąbel, gotów? - Do domu wpada Peter.
- Od dwudziestu minut. - Warczę.
- Dobra, już nie panikuj tylko chodź.
***
Od dwóch godzin siedzimy na ławce i wzrokiem szukamy Jane Smith. Najchętniej zostawiłbym wszystko i wrócił do Katniss. Niestety nie mogę, słowo się rzekło. Patrzę na wiewiórkę która wspina się po drzewie i nagle czuję mocne szarpnięcie w tył. Wyrywam się i patrzę na owego napastnika. To Jane.
- Co ty wyprawiasz?! - Wrzeszczę jak opętany.
- Oj już się tak nie spinaj, kotku. - Dziewczyna chce mnie pocałować ale jej się wyrywam. - Chcesz żeby Everdeen dowiedziała się o wszystkim? - Cedzi przez zaciśnięte zęby.
- To moja wina, nie jego. - Brat pomaga mi wstać.
- Nie ważne kogo wina, teraz posłuchacie mnie, jasne? - Otrzepuje swoją spódnicę i poprawia żakiet. - Od dziś będziecie robić to co wam każę a ani Everdeen ani Mason nie ucierpią. Albo ta upośledzona panna Odair... smutno by było gdyby stało się coś temu jej bachorowi, jak mu tam? William? - Kobieta ciepło się uśmiecha.
- Masz usunąć to dziecko. - Warczy mój brat.
- Oj słodziaku, nic nie będę usuwać. Spłodziłeś to teraz będziesz płacił za to. - Kobieta kładzie rękę na swoim mocno zaokrąglonym brzuchu.
- Mów czego chcesz. - Mówię spokojnie.
- Proste... pieniędzy. Dziecko twojego brata nie może wychowywać się w okropnych warunkach. Poza tym uzna to dziecko za swoje i weźmie ze mną ślub. - Kobieta szeroko się uśmiecha a we mnie coś pęka.
- Słuchaj, nikt nie weźmie z tobą ślubu ani nie uzna tego dziecka za swoje! Mogłaś się nie kochać z pijanym facetem! - Wrzeszczę jak opętany.
- Wasz wybór. Radzę wam uważać na te wasze... dziewczyny. - Szatańsko się uśmiecha po czym odchodzi.
- I co teraz zrobimy? Nie dość ,że bachora na głowie będę miał to jeszcze ona chce zrobić coś z Katniss i Johanną. Myślisz... ,że jest do tego zdolna? - Mój brat uważnie mi się przygląda.
- Nawet jeśli nie... może kogoś wynająć. Lepiej wracajmy do dziewczyn... wiesz, lepiej nie spuszczać ich teraz z oczu. - Mówię opanowanym głosem. Biegiem wracamy do Wioski Zwycięzców.
Nigdy więcej nie zostawię mojego inteligentnego brata samego po alkoholu. Będę go pilnował nawet jak będzie się kochał z jakąś dziewczyną jeżeli będzie trzeba. Jeżeli przez jego głupotę coś się stanie Katniss... nigdy mu tego nie wybaczę. Jak tylko dojdziemy do domu, ze szczegółami opowiem dziewczyną co Peter wyczyniał po pijaku.
Dobiegamy do Wioski Zwycięzców. Szybkim krokiem idziemy do domu dziewczyn. Na schodach jak zawsze siedzi moja ukochana i rozłupuje orzechy. Pobiegam do niej i mocno przytulam nie zważając na to ,że w ręce trzyma ostrze.
- Peeta, mogłeś się przez przypadek na to nadziać. - Katniss się odsuwa i karcąco na mnie patrzy.
- Gdzie reszta dziewczyn? - Pytam i siadam obok niej.
- Johanna biega a Annie bawi się z Willem w jej sypialni. - Szarooka zjada kawałek orzecha.
- Wiesz gdzie ona biega? - Pyta Peter.
- Koło piekarni waszych rodziców, koło Ćwieka... ale teraz chyba pobiegła do piekarni. Dziś rano coś tam mówiła ,że chleba nie ma i trzeba kupić. - Dziewczyna wzrusza ramionami. - Aż tak bardzo się stęskniłeś? - Ciepło się uśmiecha.
- Taak... a szczególnie ,że może jej się coś stać. - Brat podnosi orzech i rzuca w stronę bramy.
- Teraz po to biegnij, ja tu wojuje z wiewiórkami o orzechy a ty mi je wyrzucasz. - Moja ukochana się krzywi.
- Idę do piekarni. - Nim zdążymy coś powiedzieć, chłopaka już nie ma.
- Czy coś się stało? - Pyta zdezorientowana Katniss.
- Tak jakby... - I tak opowiadam ukochanej o naszym spotkaniu z Jane.
- Dobrze... już przynajmniej wiem czemu tak znikaliście... ale nadal nie rozumiem jednego. Po co jej szukaliście? - Szarooka rzuca w wiewiórkę skorupką od orzecha.
- Chcieliśmy wszystko z nią wyjaśnić... niestety trochę kiepsko z tym wyszło. - Wzdycham.
*Oczami Johanny*
Biegnę już od dobrej godziny. Przez ostatnie dni tak się rozleniwiłam ,że już po dziesięciu minutach strasznie się zmęczyłam. Zrobiłam sobie krótką przerwę gdy dobiegłam do piekarni. Kupiłam chleb i pobiegłam dalej. Teraz biegam z wielkim bochenkiem chleba w ręce. Tyle szczęścia ,że dostałam siatkę do której schowałam ten nieszczęsny chleb.
Moją uwagę przykuwa wysoki plastik... dziewczyna która wygląda jak plastik. Swoje blond włosy wyglądające jak siwe spięła w wysoki kucyk. Jest elegancko ubrana i widać ,że w ciąży. Cóż... współczuję temu biedakowi który ją zapłodnił.
Robię sobie krótką przerwę. Opieram ręce na kolanach i głęboko oddycham. Nim zdążę zareagować, plastik stoi przede mną z notesem w łapie. Moją uwagę przykuwają wręcz nienaturalnie długie paznokcie.
- Dzień dobry, czy mogłaby mi Pani udzielić wywiadu? - Pyta piskliwym głosem. Oho, z Kapitolu ją przywiało.
- No spoko, tylko najpierw zadam Ci jedno bardzo ważne pytanie, dobrze? - Ciepło się do niej uśmiecham.
- Oczywiście. - Odwzajemnia uśmiech.
- Ile zapłaciłaś za wygląd? - Uśmiech nie schodzi mi z ust.
- Przepraszam, może Pani powtórzyć? - Mówi zszokowana.
- Wyglądasz jak plastik, matko z jakiego miotu ty jesteś? - Krzywię się.
- Mogę zrobić z Panią ten wywiad? - Cedzi przez zaciśnięte zęby.
- A możesz zmyć tą tapetę z twarzy? - Ironicznie się uśmiecham.
- Od kiedy Pani zna Petera Mellarka? - Pyta jak gdyby nigdy nic.
- Chyba Cię pogrzało ,że będę Ci jakiegoś wywiadu udzielać. Jak chcesz się pobawić w jakieś wywiady to z kimś swojego poziomu. - Omijam ją i odchodzę. Matko, co za upierdliwa kobieta. Takie osoby powinny mieć zakaz zbliżania się do mnie w promieniu kilometra. I właśnie popsuł mi się humor. Gdyby się tak zastanowić... to po jaką cholerę chce wiedzieć ile się znam z Mellarkiem.
Spokojnym truchtem dobiegam do Wioski Zwycięzców. Na ganku jak na szpikach siedzi Katniss z Peetą. Na mój widok zrywają się na równe nogi i przybiegają do mnie. Szatynka mocno mnie ściska.
- Co wam się dzieje? - Pytam zmieszana. I tak dowiaduję się o spotkaniu chłopaków z nijaką Jane.
- Ale po jaką cholerę jej szukaliście? I czemu wam grozi? - Pytam wściekła.
- Mieliśmy coś do załatwienia z nią... a to drugie jest... nieważne. - Peeta uważnie lustruje czubki swoich butów.
- No po prostu świetnie, nie dość ,że jakaś piep*****ta babka mnie zaczepiała dziś to jeszcze wy w jakieś bagno się wplątaliście. - Warczę.
- Jaka... babka? - Duka Katniss.
- No taki plastik wiecie... tona tapety na ryj, szpony na łapach, siwy łeb. - Krzywię się. Mellark nagle blednie. - Co ci się znowu dzieje? - Pytam.
- Ta kobieta która Cię zaczepiła... to Jane. - Chłopak łapie się za głowę. - Nic Ci nie zrobiła? - Pyta cicho.
- Nie, myślisz ,że dałabym sobie coś zrobić? Ja łatwo skóry nie oddam. - Lekko się uśmiecham.
Nagle rozlega się głośny huk. Pamiętam ,że podczas gdy coś "wybucha" trzeba położyć się płasko na ziemi. Kładę się na betonie. Katniss patrzy na mnie jak na idiotkę za to w oczach Peety stają łzy.


sobota, 3 października 2015

Rozdział 72 "Kapitol"

Dziesięć komentarzy - Rozdział
Od dziesięciu godzin siedzimy w pociągu. Dzisiaj Lily obchodzi swoje ósme urodziny. Effie zamówiła tort, który trzeba odebrać w Kapitolu. Imprezę urodzinową dla Lily zrobimy w Kapitolu i będzie ona tylko dla dziewczyn... no i Peety.
Leżę na łóżku wtulona w blondyna i wsłuchuję się w bicie jego serca.
- W którym dystrykcie jesteśmy? - Pytam cicho.
- W piątym. - Całuje mnie w skroń.
- Najchętniej zostałabym w domu i nigdzie się nie ruszała. - Wzdycham.
- Wiem, kochanie. Ja też. - Mocniej mnie obejmuje.
W ciszy leżymy wtuleni w siebie i rozkoszujemy się ciszą.
 Jest już grubo po dwudziestej czwartej. Nikt nie chodzi po korytarzach, nie hałasuje. Wsłuchuję się w miarowe bicie serca mojego ukochanego. Zamykam oczy z nadzieją ,że uda mi się zasnąć. Niestety z niepowodzeniem ,ponieważ ktoś cicho puka do drzwi. Zerkam na Peete. Śpi.
Niechętnie wstaję i idę otworzyć. Moim oczom ukazuje się Lily w piżamce.
- Miałam koszmar, mogę dziś spać z wami? - Pyta zawstydzona.
- Jasne, chodź. - Łapię ją za małą rączkę, zamykam drzwi i prowadzę do łóżka. Lily kładzie się po środku i mocno się we mnie wtula. Sen przychodzi natychmiastowo.
*Ranek*
Budzą mnie ciepłe usta na szyi. Otwieram oczy i widzę szeroko uśmiechniętego Peete.
- Jesteśmy już w Kapitolu. - Chłopak siada obok mnie na łóżku. Niechętnie podnoszę się i podchodzę do szafy. Wyciągam z niej czarne legginsy i jasnopomarańczowy sweter do połowy ud. Szybko się ubieram i czeszę.
W objęciach wychodzimy z pokoju. Przed naszą sypialnią stoją nasi przyjaciele. Wszyscy opuszczamy pociąg i idziemy do starego domu Haymitcha, Effie i Mii.
***
W sklepie jesteśmy już około czterech godzin. Dziewczyny wybierają jakieś bluzki, spodnie, kurtki, bluzy i jakieś dodatki dla Lily a ja i Peeta stoimy jak te dzieci we mgle i czekamy aż te zakupy dobiegną końca.
- Katniss, chodź tu, ty się znasz na kurtkach. - Mówi Effie która nagle pojawiła się obok mnie.
- Skąd pomysł ,że ja się znam na kurtkach? - Patrzę na nią jakby oznajmiła mi ,że umie latać.
- Oj, chodź i nam pomóż. - Łapie mnie za nadgarstek i ciągnie do dziewczyn. Patrzę błagalnym wzrokiem na Peete który lekko się uśmiecha.
I tak oto jestem zmuszona pomagać dziewczyną w wyborze kurtek oraz spodni.
Po paru godzinach opuszczamy sklep. Peeta jest obwieszony wielkimi torbami. Było ich tak dużo ,że każda dziewczyna niesie jeszcze po dwie. Effie zarządziła ,że idziemy odłożyć zakupy a potem pójdziemy do kawiarni na herbatę. Nie mając wyboru wszyscy przystali na tą propozycję.
Gdy stawiamy wszystkie torby na podłodze w domu dostaję szoku. Jest ich nie mniej niż trzydzieści. Zastanawiam się jak my wrócimy z tym do domu oraz gdzie Lily to wszystko pomieści. W swoim pokoju w dwunastce ma dużą szafę która jest prawie cała zapełniona a tym może zapełnić dobre dwie duże szafy.
Odkładamy torby i idziemy do kawiarni.
Effie zaciągnęła nas do najlepszej kawiarni w Kapitolu. Wszyscy oprócz dzieci zamawiają kawę. Dziewczynki dostały po herbacie.
- Johanno, to jak tam twoje relacje z Peterem? - Zagaduje Annie.
- Mellark jest świetnym kochankiem. - Dziewczyna szeroko się uśmiecha
- Kochankiem? To wy jeszcze nie jesteście razem? - Pytam zdziwiona.
- Nie, nie jesteśmy. Ale muszę przyznać ,że został... nieźle wyposażony. - Szczerzy się jak głupia
- Bez szczegółów, proszę. Wiesz, jestem facetem i tak jakby nie interesują mnie plotki o innych facetach. - Blondyn się krzywi.
- No to kto ci każe słuchać? - Johanna wystawia język w jego stronę.
- Tu są dzieci. - Lekko się uśmiecham.
- Oj tam... niech się uczą biologi. Ja ich nauczę nazywać części ciała. - Dziewczyna dumnie się uśmiecha. - Patrzcie, tu jest skroń, tu jest udo a tu jest... - Dziewczyna pokazuje na spodnie Peety.
- Johanna! - Krzyczy mój ukochany.
- Tu jest idiota. - Dziewczyna pokazuje teraz na twarz chłopaka.
- A tam jest zdemoralizowana kobieta. - Chłopak ręką wskazuje na czerwonowłosą.
- Ja chciałam powiedzieć ,że tam jest biodro a ty o czym myślałeś? Aaa... oj nie ładnie bąbelku, nie ładnie. Ten to ma zbereźne myśli. - Czerwonowłosa kręci głową. - A dokańczając moją lekcje to tu są... - Dziewczyna wskazuje na moje piersi.
- Johanna. - Warczę.
- Obojczyk. - Kończy. - A tu jest... - Dziewczyna wskazuje na moje spodnie. Piorunuję ją wzrokiem. - Brzuch.
- A tu. - Pokazuję na głowę. - Jest mózg. Niestety Johanna go nie ma. - Ostatnie zdanie wypowiadam wręcz słodko.
- Ha ha, bardzo śmieszne. Ja je uczę gdzie są jakie części ciała a ty mnie obrażasz. - Robi minę w stylu "Obraza Majestatu". Lily kończy pić herbatę i wdrapuje się na moje kolana. Kątem oka widzę ,że Mia robi to samo tylko z tym wyjątkiem ,że zamiast mnie jest Effie. Dziewczynka kładzie głowę na moich piersiach i mocno się wtula. Całuję ją w czubek głowy i również mocno przytulam.
- Wyglądacie jak matka z córką. - Annie szeroko się uśmiecha.
- Katniss, do twarzy Ci z dzieckiem. - Effie uważnie nam się przygląda.
- Dziękuję... - Lekko się uśmiecham. Coraz bardziej przekonuję się do dzieci... kto wie, może za niedługo zapragnę ich mieć.
- Byłabyś idealną matką. - Kwituje Johanna.
- I żoną. - Dodaje Peeta z szerokim uśmiechem na ustach.
- Śpiesz się bąbelku bo jeszcze któryś ci ją sprzed nosa weźmie. - Czerwonowłosa cicho się śmieje.
- Ona jest moja, nikomu jej nie oddam. - Blondyn obejmuje mnie ramieniem i całuje w policzek.
- Już sobie wyobrażam twoje oświadczyny. Ej Katniss, kotku hajtamy się? - Johanna wybucha śmiechem.
- Nie mógłbym się tak po prostu oświadczyć. To musiałoby być coś niesamowitego. Wiecie, w blasku księżyca czy coś. - Wsłuchuję się w słowa blondyna jak w bajkę.
- Bąbelek taki romantyczny. - Annie cicho się śmieje.
- Hmm, kolacja byłaby dobrym miejscem na takie oświadczyny? - Pytam mając nadzieję ,że dowiem się czegoś na temat zaręczyn.
- Czy ja wiem... czekaj, czy to kochanie przypadkiem nie chcesz ode mnie wyciągnąć czegoś na temat zaręczyn? - Peeta szeroko się uśmiecha.
- Oczywiście ,że nie. - Niewinnie się uśmiecham. Chwila... z tego co powiedział można wywnioskować ,że planuje zaręczyny.
- Mieć takiego Peete to skarb. - Mówi Johanna rozmarzonym głosem.
- Ty masz Petera, Peeta jest mój. - Wystawiam język w jej kierunku. W kawiarni siedzimy dobre trzy godziny. Zerkam na Lily która od dobrych dwóch godzin w ogóle się nie ruszała. Lily tak jak i Mia zasnęły na naszych kolanach.

piątek, 2 października 2015

Rozdział 71 "Kłótnie"

Rozdział - Jutro. Zapraszam na bloga Zwariowana xD <Klik>
Peeta mnie podtrzymuje i wymienia wrogie spojrzenie z Galem. Susan zachowuje się jakby tego nie zauważyła, stoi przede mną z szerokim uśmiechem trzymając swojego "Przyjaciela" za rękę. Johanna wybiega zza naszych pleców, odpycha mnie i Peete i uderza szatyna z pięści w twarz. Gale pozostaje nie wzruszony tym ,że przed chwilą został uderzony. Patrzy się w moje oczy pustym wzrokiem.
- Johanna, zwariowałaś? - Krzyczy Susan.
- Nic mi nie jest. - Gale obejmuje ramieniem dziewczynę i uspokaja. - Dziękuję za miłe powitanie. - Pociera bolący polik w który dostał od Johanny. Czerwonowłosa kładzie ręce na biodra wyraźnie dumna z siebie. 
- Wiesz, ręka mnie świerzbiła. W sumie to jeszcze świerzbi, powtórzyć? - Dumnie się uśmiecha i odchodzi. 
- Johanna, jak ty się zachowujesz?! Czy ja biję twoich chłopaków? - Susan wydziera się na całe gardło. 
- Ja nie mam takich poje***ch chłopaków! - I tak rozpętała się kłótnia po między Susan a Johanną. W pewnym momencie czerwonowłosa uderza z otwartej ręki Susan w twarz. Gale chciał powstrzymać Mason od kolejnego ciosu i dostał ponownie w twarz. Oczywiście jako ,że szatyn jest facetem, kobiety nie uderzy dlatego wycofał się z pola bitwy. Sus zaczęła ciągnąć Johannę za głosy za to czerwonowłosa zwaliła ją ze schodów. Dziewczyna pociągnęła za sobą Mason i teraz obie tarzają się po ziemi. Dziewczyny kładą się obok siebie i wybuchają śmiechem.
- Johanno, przypomnisz mi o co się pobiłyśmy? - Susan duka przez śmiech.
- Coś tam było chyba o Gale'u a potem to ja już sama nie wiem. - Rechocze czerwonowłosa. 
- I po co to wam było? - Pytam z lekkim uśmiechem.
- Pomóż mi ktoś wstać. - Johanna unosi ręce do góry nadal się śmiejąc. Podchodzę do dziewczyny, chwytam ją za ręce i ciągnę. Gale pomaga wstać Susan. Wszyscy wchodzimy do domu. 
Siedzimy w kuchni i pijemy herbatę. Cisza która tu panuje jest przytłaczająca. Siedzę koło Peety który patrzy się wilkiem na Hawthorna. 
- W jakim celu tu przyjechaliście? - Ciszę przerywa Annie.
- Chciałem was przeprosić a Susan chciała się z wami zobaczyć. - Wyjaśnia Gale.
- Jasne... bo uwierzę ci w te twoje przeprosiny. - Warczy Peeta.
- Nie chcę przepraszać Ciebie. - Kpiny w głosie Hawthorne aż trudno nie zauważyć. - Chcę przeprosić Kotną i Johanne. 
- Susan, dlaczego nie dzwoniłaś? - Pytam.
- Wiesz... jakoś nie miałam czasu. - Dziewczyna się ciepło uśmiecha.
- Gdzie zostawiłeś swoje rodzeństwo, Hawthorne? - Pyta Johanna.
- Naszą sąsiadką jest sympatyczna kobieta która zaproponowała nam pomoc w opiece nad Posy, Rorym i Vickiem. - Susan wtula się w swojego ukochanego.
- Czyli tak po prostu zostawiłeś swoje rodzeństwo obcej babie, tak? - Cedzi przez zaciśnięte zęby Peeta.
- Nie "obcej babie" jak to ładnie ująłeś tylko starszej, sympatycznej kobiecie którą znam od paru miesięcy. - Odpowiada spokojnie brązowooki.
- Mam ci gratulować znajomości z jakąś staruszką? Nawet nie wiesz czy umie się zajmować dziećmi. - Peeta mocno ściska moją dłoń.
- A co ty wiesz o rodzicielstwie? Nigdy dziecka w rękach nie miałeś i pewnie nie będziesz. Nie wiem po co związałeś się z Kotną sporo ona nie chce mieć dzieci a ty przecież pragniesz mieć wielką rodzinę. - Warczy.
- Myślisz ,że chcę być z nią tylko dla dzieci?! - Wrzeszczy
- Teraz jak tak patrzę to nie wiem co ty w niej widzisz. Tu i ówdzie jej skóra jest różowa, włosy to ona ma chyba wszędzie a i mądrością nie grzeszy. - Chłopak ironicznie się uśmiecha.
- Zamknij się, co?! Jakim ty prawem ty się o niej tak wyrażasz?! - Blondyn wali ręką w stół.
- Panem to teraz wolny kraj, mogę mówić co mi się tylko podoba. Tak w sumie to jesteście siebie warci, jedno i drugie urodą i mądrością nie grzeszy. Gdyby ktoś Kotną napadł to ty nawet obronić byś nie umiał, no chyba ,że waliłbyś go bochenkiem chleba w plecy. - Szatyn cicho się śmieje.
- Hawthorne i Susan wychodzą! - Wrzeszczy Johanna.
- Jakim ty prawem mi rozkazujesz? - Warczy Gale.
- Sporo żeś taki mądry jest to pie***l sobie poza domem. Wyjdziesz sam czy znowu mam ci przywalić?! Wiesz coś ostatnio ręka mnie świerzbi. - Mason ostatnie zdanie wypowiada słodko.
- Susan, idziemy. - Szatyn ciągnie ją do drzwi. - Banda idiotów. - Wrzeszczy gdy wychodzi. Oczywiście gdyby Johanna nie pomogła mu wyjść nie byłaby sobą. Biegnie do przedpokoju po czym siłą wyrzuca Gale z domu. 
Ten dzień nie będzie należał do przyjemnych. Johanna znając życie będzie przeżywać odwiedziny Gale i Susan już do końca dnia. Szczerze mówiąc to nie wiem po co Hawthorne tu przyjechał. Niby chciał nas przepraszać ale wynikła z tego jedna wielka wymiana zdań.
Annie poszła do Effie po Willa i przy okazji opowiedzieć dzisiejsze odwiedziny. Johanna uznała ,że nic tu po niej i poszła się przejść. Ja i Peeta leżymy w moim łóżku wtuleni w siebie. Co jakiś czas wymieniamy pocałunki i wyznajemy sobie miłość. Blondyn bawi się moimi włosami a ja kreślę mu "szlaczki" na torsie. 
- Wiesz... tak sobie myślę nad słowami Gale. Katniss... nie zmieniłaś zdania co do rodzicielstwa, prawda? - Pyta cicho. Od paru dni temat dziecka pojawia się codziennie. Mam już serdecznie dość tych pytań, "Katniss, chcesz mieć ze mną dzieci?", "Katniss, kiedy zgodzisz się na dziecko?" lub "Czy ty w ogóle myślisz o tym co ja czuję?". Ostatnie pytanie pojawia się zawsze kiedy mówię ,że nie chce mieć dzieci. Niedługo chyba dla świętego spokoju urodzę mu to dziecko.
- Peeta, rozmawialiśmy już o tym. - Wzdycham. 
- Wiem ale... - Urywa. Nie chcąc znowu wałkować tego tematu, namiętnie go całuję. Okazuje się to skuteczne ,ponieważ już nie zaczyna tego tematu. 
- Jutro, kochanie zabieram Cię na kolacje. - Szepcze mi do ucha. Przeszukuję pamięć w poszukiwaniu jakiegoś ważnego terminu który mi umknął. Peeta urodzin nie ma w październiku, ja też nie. Żaden z naszych bliskich pewnie też nie bo wtedy blondyn by zrobił kolację dla wszystkich. Rocznicy żadnej też nie mamy. Peeta chyba zauważa moją zdezorientowaną minę. - Nie Katniss, nie ma jutro żadnej ważnej daty ani nic takiego. Po prostu chcę zabrać moją najwspanialszą dziewczynę na kolacje. - W odpowiedzi namiętnie go całuję. 
- Katniss, jutro jedziemy z Effie, Mią, Lily i Johanną do Kapitolu! - Krzyczy Annie z dołu. Ruszać z łóżka się nie muszę ,ponieważ dziewczyna w mgnieniu oka zjawia się w mojej sypialni. 
- Po co mam jechać? Jutro mam kolację z Peetą. - Mówię zrezygnowana.
- Lily ma jutro urodziny, głuptasie. Kolacje możecie przełożyć, urodzin niestety się nie da. - Dziewczyna wskakuje na łóżko i kładzie się na nas.
- Gdzie Will? - Pyta Peeta.
- W swoim pokoju się bawi a Johanna siedzi u Peetera. - Annie szeroko się uśmiecha.
- Cieeszmy się z Małyych Rzeeczy! - Do domu wbiega uradowana Johanna. Dziewczyna ubrana w kurtkę i buty zjawia się w moim pokoju. - Nie uwierzycie! Ja i Peeter wróciliśmy do siebie! - Czerwonowłosa wskakuje na Annie która nadal leży na mnie i Peecie przez co jesteśmy "zgnieceni". 
- Złaźcie. - Blondyn zwala z nas dziewczyny. 
- Johanna, jutro jedziemy do Kapitolu. - Annie tryska radością.
- Jak to jedziemy? A nie lecimy? - Pyta zdezorientowana.
- Nie, Haymitch coś tam popsuł i teraz nie ma wolnych poduszkowców dlatego też jedziemy pociągiem. - Nie rozumiem radości rudowłosej. Osobiście jestem załamana faktem iż znowu mam wsiąść do tego pociągu który wiózł mnie do Kapitolu na Głodowe Igrzyska. 
- I z czego się tak cieszysz? - Warczy Johanna.
- Bo spędzimy ze sobą duużo czasu! A i Peeta, jedziesz z nami. - Z radości dostała wypieków.
- A ja tam niby po co? - Pyta zrezygnowany.
- Ktoś musi nam taszczyć torby, prawda? A na dodatek wiesz... gdyby Katniss chciała kupić sobie jakiś ciuszek albo dokupić bieliznę to ktoś musi jej doradzić, prawda? - Rudowłosa puszcza mu oczko. 
- W takim razie ja chętnie... znaczy... Jak już muszę to pojadę. - Mówi z lekkim uśmiechem. 
Lily swoje urodziny spędzi w pociągu. Podróż do Kapitolu zajmie nam dobre dwa dni co za tym idzie - dotrzemy tam dwa dni po urodzinach Lily. Chociaż znając dziewczyny, kupią jej jakiś tort czy coś. Mam tylko nadzieję ,że nie będzie to babeczka z świeczką. 

czwartek, 1 października 2015

Rozdział 70 "Szare oczy ze Złożyska"

Piątek - Rozdział
Jest już grubo po dwudziestej czwartej. Effie około dwóch godzin temu poszła z dziewczynkami i synkiem Annie do swojego domu. Haymitch uparł się ,że jako ,że jest najstarszy to musi zostać tu do końca imprezy i pilnować imprezy. Johanna upiła się... sokiem (Oczywiście), siedzi na kolanach Peetera i całuje się z nim. W przerwach od pocałunku wyznaje mu szaleńczą miłość. Lekko pijana Annie siedzi koło mocno pijanego Paula i starają się rozmawiać na ważne tematy. Delly była zmęczona i położyła się w pokoju gościnnym w moim domu. Ku mojemu zdziwieniu nawet Peeta się upił. Siedzi oparty o moje ramie i śpiewa jakieś piosenki. Śpiew to za dużo powiedziane, blondyn dosłownie leży na mnie i nuci jakieś bliżej mi nieznane piosenki.
Ja chyba najmniej wypiłam... może inaczej, ja jestem najbardziej trzeźwa. Znając życie to właśnie mi przypadnie zaszczyt gaszenia ogniska. 
- Kaatniss, skarbie! Ja wiedziałem ,że wcześniej czy później zmądrzejesz! Jestem z Ciebie taaaaaki dumny! - Bełkot Haymitcha słychać gdzieś za moimi plecami. Odwracam się i widzę Abernathego z jakimś alkoholem w ręce, podpierającego się o drzewo.
- Dzięki za szczerość. - Wzruszam ramionami. 
- Ee, Abernathy! Koniec imprezy, idziesz do domu. - Johanna wstaje i ku mojemu zdziwieniu nie bełkocze ani nie idzie chwiejnym krokiem. 
- Nie, ja się jeszcze dobrze nie zabawiłem! - Mentor usiłuje podejść do mnie i Peety i upada na ziemie razem z butelką alkoholu. 
- Możecie tu zostać, ja śpię dziś z Katniss. - Blondyn bełkocze i wtula się we mnie. 
- Mellark i Everdeen, Odair i ja śpią u Katniss, reszta zostaje tu albo idzie gdzie chce. - Johanna pomaga wstać Haymitchowi i zaprowadza go do domu Peety, reszta idzie za nimi. Ja gaszę ognisko i pomagam Mellarkowi i Annie dojść do mojego domu. Gdy jesteśmy już przy moim domu, Peeta wyrywa mi się i wbiega do mojego mieszkania. Nie mam pojęcia co mu się stało ale znając życie dowiem się jak tylko wejdę do środka. Annie mimo ,że jest pijana idzie samodzielnie i w miarę prosto. 
- Gdzie Mellark? - Dobiega do nas Johanna. 
- Ty nie byłaś pijana? - Pytam zdziwiona.
- Ja mam mocną głowę. - Puszcza mi oczko.
- Czyli nie byłaś pijana jak całowałaś Peetera? - Bełkocze Annie.
- Ty było dawno i nie prawda. Do domu już! - Krzyczy po czym biegnie do naszego domu. 
Nie komentujemy już zachowania Johanny tylko posłusznie idziemy. 
Annie kładzie się na kanapie a Johanna znika w swoim pokoju. Ja nie zasnę dopóki nie dowiem się gdzie podział się Peeta dlatego zaczynam go szukać. Nie wiem dlaczego wydaje mi się ,że jest w łazience. Moje poszukiwania zaczynają się od owego pomieszczenia. 
Cicho pukam - nic. Pukam jeszcze raz. - nic. W końcu otwieram drzwi i moim oczom ukazuje się Peeta wstający z podłogi i spuszczające wodę w kiblu. Blondyn nie wygląda najlepiej. Jest lekko zielonkawy i ma posklejane włosy na czole. 
- Wszystko dobrze, kochanie? - Pytam z troską. Podchodzę do Peety i odgarniam mu włosy z czoła.
- Wiesz... tak w sumie to nie najlepiej. - Bełkocze. 
- Może lepiej się połóż. - Głaszczę go po policzku.
- To chyba nie najlepszy pomysł. - Chłopak szybko się ode mnie odsuwa i zwraca zawartość swojego żołądka do toalety. Szkoda mi go, raz od dłuższego czasu się napił i od razu alkohol daje się we znaki. 
- To... ty tu poczekaj a ja pójdę zobaczyć czy nie mam jakiś leków na wymioty. - Głaszczę go po głowie i wychodzę z łazienki. Idę do pokoju Johanny ,ponieważ to ona wie gdzie wszystko w tym domu się znajduje. Cicho otwieram drzwi i wchodzę do środka. Johanna leży na łóżku i czyta książkę. Czy ta kobieta nie była przypadkiem pijana?!
- Mamy może coś na wymioty? - Pytam.
- Pod moim łóżkiem jest apteczka, sprawdź. Czyżby nasz bąbelek miał rzygową noc? - Dziewczyna szeroko się uśmiecha. Sięgam po apteczkę i ją otwieram. Jest tu magiczne coś na ból brzucha, głowy, jakieś mazidła ale nie ma nic na wymioty. 
- Nie ma, czekaj... co u ciebie robi apteczka? - Patrze na nią jak na idiotkę.
- Przez skrzeczący głosik Susan dostawałam migreny, musiałam sobie jakoś radzić, nie? - Ręką wskazuje na drzwi. Rozumiem ten cenny przekaz, mam wyjść. Wracam do łazienki w której jest Peeta. Biedak siedzi na podłodze przez kiblem. Wygląda już trochę lepiej ale nadal kiepsko. 
- Nie mamy nic na wymioty. - Mówię ze smutkiem. Blondyn będzie musiał się jeszcze pomęczyć.
- Nigdy więcej nie wezmę alkoholu do ust. - Krzywi się.
- Jutro będziesz się już dobrze czuć. - Podchodzę do ukochanego i delikatnie całuję go w policzek. Postanawiam zrobić blondynowi kąpiel. Nie wiem jak ale może pomoże mu to. Podchodzę do wanny i puszczam wodę. 
- Będziesz się kąpać? - Pyta.
- Nie, ty będziesz. Nie wiem jak ale może ci to pomoże. - Ciepło się do niego uśmiecham. 
- Dziękuje, kochanie. - Peeta podchodzi do mnie i przytula od tyłu. Wtulam się w jego silne ręce i wlewam płyn o zapachu pomarańczy do wanny. Po paru minutach kąpiel jest gotowa. Blondyn się rozbiera i wchodzi do wanny a ja wychodzę z łazienki. 
*Ranek*
Budzi mnie słońce przedostające się przez firanki. Spoglądam na śpiącego Peete. Jest już z nim o wiele lepiej niż było w nocy. Nabrał już kolorów i teraz śpi wtulony w poduszkę. Z tego co wiem Peeta położył się spać o świcie. Gdy on brał kąpiel ja się położyłam na łóżku i jakoś tak się stało ,że zasnęłam. Jak wchodził do łóżka to mnie obudził i tak mi się zdaje ,że świtało. Spoglądam na zegarek - jest już jedenasta. Staram się wstać z łóżka tak by nie obudzić Peety, niestety nie udaje mi się. Chłopak delikatnie łapie mnie za rękę.
- Gdzie idziesz? - Pyta zaspanym głosem. 
- Na dół, kochanie. Prześpij się jeszcze. - Całuję go w czoło.
- Chyba już nie zasnę. - Siada na łóżku i uważnie mi się przygląda.
- W takim razie... przynieść ci coś? Kawę, herbatę? - Ciepło się uśmiecham.
- Pójdę z tobą. - Chłopak wstaje z łóżka i zakłada spodnie. W objęciach schodzimy na śniadanie. 
Annie i Johanna siedzą przy stole i jedzą śniadanie. Jeżeli dobrze widzę, rudowłosą męczy kac. Siedzi przy stole z grymasem na twarzy i spuszczoną głową. Johanna za to z szerokim uśmiechem na ustach je kanapki. 
Biedna Annie, przy Johannie nie da się leczyć kaca. Jeżeli Mason zobaczy ,że ktoś ma kaca, nie potrafi mówić cicho tylko gada na cały głos. Swoją drogą nie wiedziałam ,że czerwonowłosa ma tak mocną głowę do alkoholu. 
Siadam koło Johanny i podkradam jej jedną kanapkę.
- No i co ty robisz, ciemna maso? To są moje prywatne kanapki! - Dziewczyna robi śmieszną minę czym mnie rozbawia.
- Oj wybacz, jaśnie Pani. Mam paść na kolana i przepraszać? - Robię smutną minę. 
- Tym razem Ci daruję. - Wystawia język w moim kierunku. - Zarzygany Peeta Mellark wita nas topless. - Dziewczyna szeroko się uśmiecha. 
- Jak zarzygany? - Pyta zdezorientowany.
- No a kto rzygał całą noc, ty czy ja? 
- Daj ty mi święty spokój. - Zrezygnowany siada obok mnie i obejmuje ramieniem. 
Śniadanie mija nam w raczej miłej atmosferze. Johanna zadręcza nas informacjami o kacu oraz o swoich byłych. Dowiedziałam się ,że było ich około piętnastu, a to tylko przez ostatnie trzy lata. Peeta podczas jej opowieści położył głowę na moim ramieniu i zasnął. Annie w końcu się "ożywiła" i zaczęła opowiadać o Willu. Konkretnie o jego pierwszych słowach i krokach. Żałuję ,że nie słyszałam jego pierwszych słów i nie widziałam pierwszych kroków. Może uda mi się jakoś nadrobić te stracone chwile przez następne lata kiedy Annie będzie mieszkać ze swoim synkiem w dwunastce. 
Rozmawiamy jeszcze przez dobre dwie godziny. W między czasie zadzwoniła do nas Delly i pochwaliła się ,że już ustalono termin porodu. Jest on 21 lutego. 
W końcu przyszedł czas na obudzenie Peety. Delikatnie potrząsam jego ramieniem. Chłopak się od razu budzi i mocno do mnie przytula. 
- Co ty się tak do niej tulisz? Aaa... już wiem. - Johanna wymownie rusza brwiami. 
- Mam Ci przypomnieć twoje wczorajsze tulenie się do mojego brata? - Chłopak lekko się uśmiecha.
- Nie trzeba bąbel. - Dziewczyna puszcza mu oczko
Rozmowę przerywa pukanie do drzwi. Drzwi otwieram ja. Moim oczom ukazuje się Susan z wysokim, brązowookim szatynem. Brązowe oczy ze Złożyska patrzą się w moje a ja czuję ,że nogi się pode mną uginają.